19 twarzy Przeglądu - Festiwal Górski 2019 w Lądku-Zdroju
  • pl

24. edycja Festiwalu przed nami. Trwają przygotowania, ale już teraz możemy ogłosić, że podobnie jak w roku ubiegłym, podczas festiwalu nastąpi rozdanie nagród Złotych Czekanów –  Piolets d’Or 2019. Zarezerwujcie już teraz datę w kalendarzu – 19 – 22 września.

19 twarzy Przeglądu

Wojsko

Wczesną wiosną 1995 roku oczyściliśmy i ospitowaliśmy lądeckie skałki. Napisałem i wydałem przewodnik, który zilustrował Jurek Bielecki, a nowy skalny rejon miał zostać rozsławiony zawodami organizowanymi jako jedna z atrakcji festiwalu. Zależało mi, aby były to nie tylko zawody, ale wydarzenie, które zapadnie w pamięć. W tym celu wymyśliłem, że pod Skalną Bramą zorganizujemy polową restaurację, czyli stoły, krzesła, białe obrusy, solniczki, serwetki i kelnera serwującego dania. Wszystko w środku lasu, z dala od dróg, ale przy szlaku turystycznym i tuż pod przewieszoną ścianką, na której zaplanowaliśmy wspinaczkowe zmagania. Przedsięwzięcie logistycznie trudne do zorganizowania, choćby z tego względu, że całe wyposażenie wraz z kuchnią trzeba było wnieść. Poszukiwałem wykonawcy cierpliwie, długo i bezskutecznie. Właściwie gotów byłem już odpuścić, kiedy podczas jednego ze skalnych wypadów spotkałem ćwiczących w okolicy żołnierzy. I doznałem olśnienia! Niedaleko, w Kłodzku stacjonuje jednostka piechoty górskiej! Samochody terenowe, kuchnia polowa, stołówka i silne chłopaki.

Udałem się do dowódcy. Ustaliliśmy, że co prawda wojsko nie jest do tego typu zleceń, ale jeśli potraktujemy to jako formę ćwiczeń, to może coś da się zrobić. Następne spotkanie miało odbyć się u mnie, w Konradowie, gdzie wówczas mieszkałem. Komendant zjawił się w towarzystwie kwatermistrza. Obaj umundurowani bardzo oficjalnie. Rozpoczęliśmy rozmowy. Aby rozluźnić atmosferę, zaproponowałem obiad. Panowie nie odmówili. Aby jeszcze bardziej rozluźnić atmosferę, zaproponowałem po kieliszeczku. Panowie nie odmówili. Rozmowa wyraźnie nabrała tempa, a wszelkie przeszkody logistyczne i formalne zostały w mig pokonane. Siedzieliśmy więc sobie w słońcu i snuliśmy rozważania na tematy różne. Komendant pochwalił się, że w jednostce mają ściankę wspinaczkową i od czasu do czasu robią wypady w skałki, ale niestety brakuje im kogoś z odpowiednimi kwalifikacjami. Nie namyślając się wiele, zaproponowałem swoje usługi wykwalifikowanego instruktora PZA za naprawdę niewygórowane wynagrodzenie. Komendant i kwatermistrz spojrzeli na mnie, potem na siebie, a potem jeden z nich rzucił z uśmieszkiem: „ A właściwie dlaczego mielibyśmy płacić, skoro możemy pana powołać …”. Zrobiło mi się gorąco… Do tej pory, od skończonych studiów, miałem z wojskiem spokój. Najpierw, po mojej przeprowadzce do Kotliny Kłodzkiej, nie bardzo mogli mnie znaleźć, a jak już znaleźli, to dali przydział do plutonu pielęgniarek, którym miałem dowodzić w razie „W”. Ten przydział bardzo mi odpowiadał. Czy zaszkodziło mi wiosenne powietrze, czy ten cholerny kieliszeczek… Dopiero teraz dotarło do mnie, że chyba trochę mnie poniosło.

Restauracja pod skałką wyszła znakomicie. Żołnierze wtaszczyli pod górę kuchnię pełną grochówki i bigosu, kilkanaście stołów i całe pozostałe wyposażenie. Tak jak chciałem, były białe obrusy, serwetki, solniczki i kelner w białym uniformie z serwetką na przedramieniu. I mocno zdziwieni kibice zawodów oraz przygodni turyści, którzy ze względu na dobrą pogodę pojawili się licznie na szlaku. A największe zdumienie budził fakt, że dania serwowane są za darmo… Czyli sukces.
Miesiąc po PRZEGLĄDZIE dostałem wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień, gdzie odebrałem kartę mobilizacyjną z nowym przydziałem. Na karcie było napisane w krótkich żołnierskich słowach: Miejsce mobilizacji  JW. (tu numer którego nie pamiętam)  22 Brygada Piechoty Górskiej w Kłodzku. I że mam dotrzeć najkrótszą drogą.

 

Anna

Annę znałem wcześniej z filmów, głównie z „Żywota Mateusza” z Franciszkiem Pieczką. Na Przeglądzie zjawiła się na drugiej lub trzeciej edycji. Nie pamiętam tego dokładnie. Zapamiętałem natomiast pierwsze spotkanie. Anna z Andrzejem, tuż po przyjeździe do Lądka, odszukali mnie i zgłosili prośbę o zmianę hotelu. Twierdzili, że warunki, jakie im zafundowałem, są nieakceptowalne.

– No tak – domyśliłem się interwencji Anny. – Aktorka z Warszawy ma wymagania!

Hotel szybko zmieniłem i zająłem się dziesiątkami innych mniej lub bardziej ważnych spraw. Coś jednak mnie tknęło… Wykroiłem chwilkę, aby zajrzeć do owego feralnego hotelu. I zrobiło mi się wstyd. Bo rzeczywiście warunki – moja wina, nie sprawdziłem osobiście! – były żenujące: podarta pościel, zapadnięte łóżka, chwiejące się meble z liniejącego paździerza i śmierdząca łazienka. Próbowałem ten falstart przez resztę pobytu jakoś im wynagrodzić, aby zatrzeć niemiłe pierwsze wrażenie. Anna okazała się osobą ciepłą, życzliwą, bezpretensjonalną i – przynajmniej na Przeglądzie – pozostającą w cieniu Andrzeja. To było jego środowisko, jego żywioł i wyraźnie pozwalała Andrzejowi cieszyć się rolą gościa specjalnego. Nikt z nas nie przypuszczał, że już niedługo właśnie Anna weźmie tę rolę na swoje barki.

Drugie, bardzo żywe w mojej pamięci spotkanie z Anną, to jej przyjazd do Lądka w miesiąc po śmierci Andrzeja. Kulminacyjnym punktem programu było posadzenie pamiątkowego drzewka w alejce w ośrodku GeoVita. Przedtem jednak był czas na kilka słów. Byliśmy chwilę po projekcji filmu Anny Pietraszek „Ostatnia rozmowa” – dramatycznego wywiadu z Andrzejem, człowiekiem, którego wszyscy pamiętaliśmy jako wizjonerskiego himalaistę i festiwalowego bon vivanta. A teraz mieliśmy w oczach obraz człowieka słabego, schorowanego, świadomego swoich ostatnich dni. W tej atmosferze Anna wzięła mikrofon i zaczęła mówić do publiczności. Wszyscy byli porażeni tą sytuacją. Ściskało mnie w gardle… Po kilku zdaniach Annie załamał się głos… Drzewko posadziliśmy rzeczywiście razem. W skupieniu i z wdzięcznością, że możemy to w imieniu Andrzeja uczynić. I że Anna jest w tym momencie z nami.

To był rok 2000. Od tego czasu Anna jest specjalnym gościem na każdej kolejnej edycji Przeglądu, odsłaniała tablicę pamiątkową po nadaniu imienia Andrzeja Zawady lądeckiemu liceum, podarowała szkole wystawę, była na moim ślubie, cieszyła się z postępów budowy domu w Radochowie, a ja robiłem w jej towarzystwie zdjęcia kolejnym zdumionym ekipom budowlanych („Jak powiem żonie, kogo spotkałem dziś na budowie, to zemdleje!”). Dla Anny wizyty w Lądku też były chyba ważne. Zmieniała terminy nagrań do seriali, przyjeżdżała mimo problemów zdrowotnych, w ciepłych słowach wspomniała o festiwalu w swojej książce „Życie z Zawadą”.

I jeszcze jedno wspomnienie. Dla gości festiwalu robiłem zawsze wycieczkę po okolicznych górach, kończącą się poczęstunkiem w jakimś niespodziewanym miejscu. Pewnego razu miał to być Jawornik Wielki (872 m), widokowy szczyt w paśmie Gór Złotych. Niestety, zepsuła się pogoda. Było chłodno i mgliście, a Anna na taką okoliczność była zupełnie nieprzygotowana. Zaproponowałem podwiezienie, ale kategorycznie odmówiła. Miała zamiar iść ze wszystkimi. W pośpiechu ubrałem ją, w co mogłem. Buty mojej Natalii były zdecydowanie za małe. Poszła więc w moich butach (!) i w mojej, zdecydowanie zbyt luźnej kurtce. Uśmiechnięta i ciesząca się licznym towarzystwem.