19 twarzy Przeglądu - Festiwal Górski 2019 w Lądku-Zdroju
  • pl

24. edycja Festiwalu przed nami. Trwają przygotowania, ale już teraz możemy ogłosić, że podobnie jak w roku ubiegłym, podczas festiwalu nastąpi rozdanie nagród Złotych Czekanów –  Piolets d’Or 2019. Zarezerwujcie już teraz datę w kalendarzu – 19 – 22 września.

19 twarzy Przeglądu

Artur

O Arturze Hajzerze można pisać dużo. O jego błyskotliwym awansie do himalajskiej czołówki mimo młodego wieku, o znakomitych wynikach sportowych, o akcji ratunkowej na Lho La, o sukcesach biznesowych i organizacyjnych, o wizjonerskim programie Polskiego Himalaizmu Zimowego. W pełni sobie na to zapracował. Był czas, gdy w bardzo znaczący sposób wsparł lądecki PRZEGLĄD FILMÓW GÓRSKICH. Podpisywaliśmy różne umowy, jak prawdziwi kontrahenci, ale dla mnie Artur zawsze był życzliwym, pogodnym człowiekiem, skorym do pomocy, do ekstrawaganckich projektów i ujmująco bezpretensjonalnych żartów. Bez zadęcia, bez żadnej pozy…

Nie pamiętam, która to była edycja katowickiego festiwalu filmów górskich. Artur zaprosił do siebie, do mieszkania, nieco węższe grono osób na imprezkę. Było tam trochę miejsca, gdyż mieszkanie było obszerne i znajdowało się w starej, solidnej kamienicy. W każdym pokoju stał stolik z alkoholami i przekąskami. To były obozy, które uczestnicy mieli zdobywać. Goście ochoczo podjęli wyzwanie. Jedni zatrzymywali się dłużej w bazie, inni szli jak burza, docierając jednym ciągiem od razu do trójki. W bazie wysuniętej, która była największa,  odbywały się tańce. Na podłodze, wykorzystując półmrok, grasował pisarz Wilczkowski. Łapał dziewczyny za łydki. Jako powszechnie szanowany nestor polskiego wspinania, nie czuł się w obowiązku prowadzić działalności sportowej w wyższych obozach. Inni, mniej doświadczeni, po krótkiej, intensywnej akcji górskiej, sposobili się do nieplanowanego biwaku. Artur niestrudzenie zaopatrywał kolejne obozy…

Za tamten wieczór zrewanżowałem się kilka lat później, u siebie w Lądku. PRZEGLĄD jak zwykle kończył się w dużej grilowej chacie na peryferiach miasteczka. Wieczorem, dość już późnym, z Arturem i kilkoma innymi osobami siedzieliśmy na tyłach chaty. W środku pulsowała muzyka i bogata w hemoglobinę krew w żylakach sławnych alpinistów. Kawałek dalej, ze stawu z ozdobnymi złotymi karpiami, ochrona wyciągała właśnie Maćka Sokołowskiego, dzisiejszego organizatora PRZEGLĄDU. Wszyscy gapiliśmy się w wielkie ognisko. Było jakoś tak refleksyjnie, jak to lubią dziewczyny… Aż do momentu, gdy ktoś zaproponował sprawdzenie, czy z tym chodzeniem po ogniu to jakaś legenda, czy może prawda. Propozycja była ewidentną prowokacją i jak to na imprezie, nie można jej było zostawić bez odzewu. Zaraz znalazła się jakaś łopata i ktoś uczynny, kto poświecił kilka minut pracy na usypanie rozżarzonej ścieżki sześciometrowej długości.

– Idę! – rzuciłem zaczepnie.

– Ja też! – powiedział Artur i błyskawicznie wyskoczył z butów. Wyprzedził mnie. Pierwszy przebiegł po ogniu, potem ja, potem ktoś jeszcze, potem znowu my… Do zabawy dołączyło także kilka osób z chaty. Muzyka grała dalej, wieczór był gwiaździsty, trawa pokryta chłodną rosą, a my –  popisując się jak szczeniaki z przedszkola – po prostu chodziliśmy po ogniu!

W marcu, gdy wszystko wskazywało na to, że na Broad Peaku doszło do fatalnego finału, pozwoliłem sobie na kilka słów komentarza i przestrogi przed pochopnymi ocenami:

[…] Wyprawy himalajskie zawsze wiążą się ze zgodą na skalkulowane ryzyko. Jeśli jest to wyczyn na najwyższym światowym poziomie, margines objęty ryzykiem jest większy. Udział w wyprawie to decyzja świadoma, to kalkulacja własnych możliwości, ambicji, sił, umiejętności. Nie znam osoby, która działając w górach wysokich, podejmowałaby się zadań wykraczających poza skalkulowane, dopuszczalne ryzyko. Ale zdarza się, że kalkulacje zawierają jakiś błąd lub zdarza się zwyczajne, trudne do przewidzenia nieszczęście. […]

Dla Artura, który firmował tę wyprawę, był to bardzo trudny czas. Z zaskoczeniem odkryłem, że umieścił mój tekst na swojej fejsbukowej stronie z krótkim komentarzem: Dzięki.

Zginął cztery miesiące później, 7 lipca 2013 roku, w Kuluarze Japońskim na stokach Gaszerbruma I.

Artur, ja też dziękuję…

 

Garnitur

Przez pierwsze prawie czterdzieści lat garnitur miałem na sobie chyba trzy razy: na komunię, na maturę i na ślub. Ten ubiór to nie było moje naturalne środowisko. Pamiętam zdumienie jednego z moich przyjaciół, kiedy zobaczył mnie w garniturze właśnie. Z początku nawet nie był pewien czy to ja. Wtedy właśnie, zastanawiając się któregoś wieczoru, jak niekonwencjonalnie rozpocząć pierwszy PRZEGLĄD, padła przewrotna propozycja abym pojawił się w garniturze i pod krawatem. Widownia, składająca się w dużej części ze znajomych, kojarzyła mnie raczej z biwakowaniem na taborze, włóczęgami po górach, prowadzeniem gospodarstwa w Konradowie lub wiszeniem na jakiejś elewacji w upapranym farbą drelichu. Garnitur mógł być zaskakującym, a nawet zapierającym dech w piersiach dysonansem. I chyba był, bo przebrałem się w ostatniej chwili, za kulisami i gdy się ukazałem, sala huknęła śmiechem! Żart, może trochę mało czytelny dla mniej zorientowanych, przyjął się i otwieranie PRZEGLĄDU w garniturze stało się tradycją. Dziś taki występ nie budziłby już zdumienia. Pracę mam taką, że marynarka i spodnie wyprasowane w kant stały się zwykłym, codziennym narzędziem. Po prostu przebieram się za prezesa, bo tak jest łatwiej. Powszechnie bowiem wiadomo, że człowiek pod krawatem „mniej awanturujący się jest”. A pozałatwiać trzeba różne sprawy. Poza tym wyrasta się kiedyś z krótkich spodenek, rozciągniętych, egzystencjalnych swetrów i tanich win. Choć sentyment pozostaje…