19 twarzy Przeglądu - Festiwal Górski 2019 w Lądku-Zdroju
  • pl

24. edycja Festiwalu przed nami. Trwają przygotowania, ale już teraz możemy ogłosić, że podobnie jak w roku ubiegłym, podczas festiwalu nastąpi rozdanie nagród Złotych Czekanów –  Piolets d’Or 2019. Zarezerwujcie już teraz datę w kalendarzu – 19 – 22 września.

19 twarzy Przeglądu

Chrzanowski

Peter Chrzanowski to człowiek owizerunku przykuwającym uwagę od pierwszej chwili. Poza tym jest zapalonym narciarzem, paralotniarzem, filmowcem, ekscentrykiem i podróżnikiem. Poznaliśmy się na Festiwalu Górskim w Vancouver, gdzie prezentował swój film, a jednocześnie pomagał mi w porozumiewaniu się z pozostałymi jurorami. Mój angielski, jak to się ładnie mówi, „ na poziomie komunikatywnym” nie wystarczał, abym jako jeden z członków tego zacnego gremium, mógł wyrazić wszystko, co pomyśli głowa. A Peter, choć mieszkał w Kanadzie prawie całe życie, zachował znajomość polskiego – również „na poziomie komunikatywnym”. Dawaliśmy więc radę i przypadliśmy sobie do gustu.

Drugie nasze spotkanie miało miejsce na festiwalu w Popradzie, gdzie w lokalnych słowackich knajpkach jeszcze bardziej przypadliśmy sobie do gustu. Z tego względu prosto z Popradu wybraliśmy się do Lądka. Okazało się, że podróż nie może odbyć się najkrótszą drogą, ponieważ barierą nie do pokonania była istniejąca od niedawna granica słowacko-czeska. Peter był obywatelem kanadyjskim i musiał mieć wizę na przejazd kilkudziesięciu kilometrów przez Czechy. Na nic zdały się przekonywania, że paszport może kanadyjski, ale on jest jak najbardziej prawdziwym Polakiem. I jako Polak wizy nie potrzebuje. Czesi byli nieugięci. No cóż, trzeba było zawrócić i tłuc się spory kawałek drogi przez całą Żywiecczyznę. Wtedy odkryłem inne talenty Petera. Zatrzymywaliśmy się niemal przy każdym przydrożnym barze. Peter wchodził do środka, trzymając w ręku duży aparat fotograficzny, zastygał na chwile wpatrzony w stojącą za kontuarem rumianą góralkę i mówił z wyraźnym obcym akcentem:

– Przepraszam bardzo, jestem z Kanady, właśnie przyjechałem do mojego ojczystego kraju… i zobaczyłem panią. Czy mogę zrobić sobie z panią zdjęcie?

Od razu byliśmy najważniejszymi gośćmi. Peter bez ceregieli wchodził za kontuar, obejmował dziewczynę, ja robiłem zdjęcie, Peter pytał o numer telefonu, ja robiłem drugie zdjęcie, Peter bez wstępów komunikował, że właśnie szuka żony, ja siadałem do stolika, Peter prosił, aby zrobić jeszcze jedno zdjęcie i przedstawiał się jako filmowiec, ja robiłem kolejne zdjęcie… Przy wyjściu Peter obiecywał, że na pewno zadzwoni. Tak więc jechaliśmy i jechaliśmy. Cały objazd z przystankami zajął nam jakieś dziesięć godzin. W końcu dotarliśmy do Lądka i odstąpiliśmy z Natalią naszemu gościowi niewielki pokoik, w którym miał się na chwilę zatrzymać, przed dalszym zwiedzaniem kraju swoich przodków.

Pierwsze dni w Lądku Peter wykorzystał … na poszukiwanie żony. I robił to z nadzwyczajną skutecznością. Znikał przed południem, dyskretnie, jak wytrawny tropiciel i wracał z łowów wieczorami, zachwycony wielkimi możliwościami, jakie się przed nim otwierały. Dzięki temu życie towarzyskie kwitło w miarę, jak były nam przedstawiane kolejne kandydatki na żonę. Tak minęły trzy tygodnie i nic nie zapowiadało, że Peter ma w Polsce jakieś inne plany, oprócz wynajdywania żony w Lądku. Przez kolejnych kilka dni próbowaliśmy przekonać Petera, że w innych miastach też lubią kanadyjskich filmowców z polską duszą i że mamy piękne góry, a mianowicie Tatry. Załatwiłem nawet, trochę po znajomości, miejsce na Hali Gąsienicowej w Betlejemce na kilka dni. Opowiadałem o niezliczonych, pięknych kursantkach, które tam mieszkają i uwielbiają ludzi gór. Chyba tym przekonałem Petera do zmiany lokalu.

Nasze kolejne spotkanie znów miało miejsce w Lądku. Tym razem Peter został, za moją zresztą namową, zaproszony do grona jurorów kolejnej edycji PRZEGLĄDU. Wraz z Anką Czerwińską i… mną, ponieważ była to pierwsza edycja nie organizowana przeze mnie. Nasze obrady wyglądały następująco: w niewielkiej garderobie przy sali kinowej siedzieliśmy z Anką i wpatrywaliśmy się godzinami w monitor. Obok na wysłużonym tapczanie leżał Peter i jęczał.

– Patrz na filmy! – dyscyplinowała Petera Anka. – I nie jęcz mi tu!

– Kiedy nie mogę! – Peter jęczał jeszcze głośniej i trzymał się rękami za twarz.

– Patrz na filmy, jak zasłaniasz oczy, to nic nie zobaczysz – Anka dalej próbowała zaangażować Petera do wspólnej pracy.

– O Jezu, Jezu, nie mogę! Ząb mnie boli! – teatralnie cierpiał Peter. – Jezu, jak boli!

– To trzeba było myć, a nie tak się zapuścić! – pouczała Anka. – Widziałeś się w lustrze?

Petera jakoś te argumenty nie ruszały. Najwyraźniej przestał już poszukiwać żony z Polski. Tego dnia większość czasu poświęciliśmy na poszukiwanie stomatologa, który mógłby Petera uratować. Werdykt wydaliśmy razem z Anką, Peter nie protestował.

Peter naprawdę jest niezłym filmowcem. Zrobił kilka filmów, reklamówek i ujęć, które później widywałem w telewizji co jakiś czas w różnego rodzaju materiałach o narciarstwie ekstremalnym. Najbardziej ceniłem go za film, który powstał przypadkiem. Nosił tytuł „Good Life”. Peter kręcił jakiś materiał i los sprawił, że inny producent zostawił mu na kilka dni historyczne stroje. Powstała wówczas krótka opowieść utrzymana w konwencji meksykańskiej telenoweli o szczęśliwym małżeństwie, które żyło gdzieś w górach oddalonych od cywilizacji i uprawiało bulwy. Pewnego dnia wielka powódź zniszczyła uprawy i kobieta musiała udać się do wielkiego miasta w poszukiwaniu pracy. Tu czekały na nią rozmaite niebezpieczeństwa, korporacja i podstępny szef o nieuczciwych zamiarach. I wszystko skończyłoby się bardzo źle, gdyby nie tęsknota mężczyzny. Od miejscowego eremity (którego gra sam Peter) wypożycza on najnowszy sprzęt narciarski i udaje się na poszukiwanie swej miłości. Pokonuje wiele trudności, dzięki zebranym niegdyś bulwom cudem ocalałym z powodzi. Mają one tę właściwość, że po zjedzeniu odmieniają ludzi. Na lepsze. Mężczyzna trafia do wielkiego miasta i odnajduje ukochaną kobietę. Zjawia się w ostatnim momencie, ponieważ podstępny szef ma właśnie wywieźć kobietę do odległej hacjendy w celu ostatecznej realizacji złych zamiarów. Następuje kulminacja dramatu: kobieta nie poznaje swojego ukochanego mężczyzny! Na szczęście tylko do czasu, gdy dostaje bulwę. Wracają jej wszystkie dobre wspomnienia i dostrzega, co tak naprawdę ważne jest w życiu. Od tej pory żyli długo i szczęśliwie, oddając się uprawie bulw.

Czyż to nie wspaniałe?…